Home Nasz głos Nasze historie Kolejna niesamowita historia chorób i życia

Kolejna niesamowita historia chorób i życia

W kwietniu zadzwoniła do  Arkadii w Poznaniu Pani, która przyjechała zza oceanu do Polski na kontynuowanie leczenia i odbycia szkolenia na doradcę żywienia optymalnego. W telefonie usłyszałam młody, delikatny głos z zapytaniem czy jest możliwe odbycie szkolenia na doradcę żywienia optymalnego w trybie indywidualnym. Po krótkiej rozmowie dowiedziałam się, że Pani jest po wizycie u Doktora Kwaśniewskiego i że Doktor poprosił ją o spisanie swojej drogi do zdrowia. Jak się przekonacie jest to kolejna "niesamowita historia chorób i życia".

Dr Kwaśniewski i Bronia T.W wieku ośmiu lat zachorowałam na zapalenie stawów z zajęciem serca. Przeleżałam w szpitalu prawie trzy miesiące i urosłam 10 cm. Jestem wyższa od moich sióstr i mojej mamy  właśnie o te 10 cm. Zostałam wypisana ze szpitala z bardzo wysokim opadem krwi  - 100 po  godzinie. Ciągle słaba i w "opłakanym stanie" byłam stałą pacjentką lekarzy. W tym czasie przyjmowałam wysokie dawki penicyliny z debecyliną oraz  garści tabletek. A wyniki badań laboratoryjnych ciągle były złe. Lecząca mnie wówczas pani doktor, której nie podobały się moje wyniki, zaleciła abym zjadała 2 jajka dziennie. Po krótkim czasie wyniki poprawiły się i miałam już opad 7 po  godzinie a 35 po dwóch godzinach. Odczułam niesamowity przypływ energii i poprawę samopoczucia. Podczas gdy połowa klasy chorowała mnie nic nie było. Jednakże na wiosnę, zdarzało się, że  rodzice nie mieli czasu na przygotowywanie nam – dzieciom - porządnego śniadania. Jestem najmłodsza z rodziny, starsze rodzeństwo zadbało o siebie a ja byłam za mała i mogłam tylko pomarzyć o zjedzeniu np. jajecznicy. Natomiast na widok dżemu, margaryny i chleba robiło mi się niedobrze, wolałam nic nie jeść. W takie dni  wracałam ze szkoły do domu na wpół przytomna. Teraz już wiem, czemu jednego dnia potrafiłam dostać same piątki a innego nie wiedziałam o co mnie pytają.

W wieku 23 lat zachorowałam na raka płuc. W tym czasie studiowałam na AWF w Warszawie i trenowałam wioślarstwo. Treningi na wodzie odbywały się już wczesną wiosną. Ze względu na krótkie dni i ażeby skończyć trening przed zmrokiem, trzeba było wyjechać o  godzinie 14:00. Niestety zajęcie na uczeni najczęściej także kończyły się w granicach 14:00 i na zjedzenie obiadu nie było już czasu. Myślałam wtedy, że trening jakoś przetrzymam a później to nadrobię. Fakt, że kolacje miałyśmy na stołówce dla sportowców, gdzie poza swoją przydziałową porcją zawsze można było prosić o więcej. Ale to ”więcej” to były owoce i ciastka, które dużo osób zostawiało, a do zjedzenia których nasza “koleżanka” nas namawiała. Jakież było moje zdziwienie, gdy znalazłyśmy się w jednej czwórce startowej i miałyśmy razem startować na zawodach. Nagle przy kolacji, kiedy zajadałyśmy ciasto i owoce, z jej ust, usłyszałam wypowiedziane z dużym niezadowoleniem “ ..nie wystarczy Wam..”. Do dzisiaj pamiętam, że pytała nas co jemy na śniadanie i śmiejąc się mówiła, że ona lubi jajka. Teraz zdaję sobie sprawę, że ona już wówczas dobrze poznała wiedzę Doktora Kwaśniewskiego, ale nie przekazała tego nikomu z konkurencji. Zaczęłam studia w 1978 roku, czyli kilka lat po wykładzie Doktora Kwaśniewskiego w Warszawie. Jak widać sporo studentów zapoznało się z wiedzą Doktora i korzystało z niej.

Wracając do mojej choroby to trafiłam na oddział onkologiczny. Powiedziano mi, że mam wysiękowe zapalenie płuc, a to że jestem na oddziale onkologicznym, znaczy tylko  tyle, że na innych oddziałach nie ma miejsc. Powinnam właściwie podziękować lekarzom za taką informację. W młodym wieku  diagnozy – masz raka - nie chce się słyszeć. I znowu miałam szczęście, tym razem wyratował mnie mój trener, który do szpitala przynosił mi pasztet z wątróbek w puszkach. Pierwszego dnia, gdy  dostałam puszeczkę, nie mogłam doczekać się do kolacji. Do dzisiaj pamiętam jaki spokój mnie ogarnął i jak smacznie spałam po raz pierwszy od dłuższego czasu. Wyszłam ze szpitala po prawie trzech miesiącach. Pobyłam trochę w domu i wróciłam na studia. Pierwszego dnia idąc do stołówki spotkałam ową  “koleżankę”. Jadłyśmy razem śniadanie. Zadziwił mnie sposób w jaki przygotowywała sobie bułki. Wciągnęła cały środek,  resztę smarowała masłem i kładła wędlinę, ser. Zaznaczam, że na stołówce dla studentów nie było dżemów, soków, owoców  ani ciastek. Zaskoczona zapytałam czemu tak je, czy nie jest głodna. Otrzymałam odpowiedz “ Nie pamiętasz z wykładów z żywienia, że od węglowodanów się tyje ?”. Więc chcąc zachować jako taką sylwetkę robiłam to samo. Dzięki temu przypomnieniu przeżyłam i tę chorobę,  rak przecież nie lubi węglowodanów.

Skończyłam studia, wyszłam za mąż, urodziłam troje dzieci, wyjechaliśmy za granicę. I zaraz po przyjeździe, 13 lat temu zachorowałam na stwardnienie rozsiane.  W nowym kraju dostosowałam się do zaleceń tutejszej dietetyki czyli: pięć do dziesięć razy dziennie warzywa i owoce. Są to zalecenia, którymi ciągle “pierze” się tutejsze mózgi. Już po krótkim czasie czułam się okropnie. Ciągle słaba i zmęczona. Jedna rzecz, której nawet nie pokojarzyłam, mianowicie mogłam sprzątać i porządkować mieszkanie przed śniadaniem, które składało się z płatków z mlekiem, z dodatkiem suszonych owoców – polecane jako najlepsze, natomiast po śniadaniu nie byłam w stanie już nic robić. Mogłam tylko leżeć. Odzyskiwałam nieco sił po obiedzie, który uwzględniał trochę mięsa. Nie ma się co dziwić, że kraj w którym obecnie mieszkam przoduje w zachorowaniach na stwardnienie rozsiane.

Kiedy zgłosiłam się do badania, po MRI usłyszałam diagnozę SM. Wiadomość o nieuleczalnej chorobie zabrzmiała dla mnie jak wyrok śmieci. Po pewnym czasie, zaczęłam myśleć, że to niemożliwe, żeby nikt na świecie nie wiedział o przyczynach choroby i metodzie jej leczenia. I znowu miałam szczęście usłyszałam o Doktorze Kwaśniewskim. Dwie pierwsze osoby,  nie miały najlepszego zdania o tym sposobie leczenia i w ich ustach brzmiało ta jak “moda”, która jest i szybko  przemija. Dopiero trzecia osoba, która przeczytała książkę Doktora powiedziała mi coś konkretnego. Zainteresowało mnie. Działo się to 7 lat temu. Po zastosowaniu diety i serii prądów selektywnych wszystkie problemy zaczęły powoli mijać. Najdłużej trzymały mnie bóle głowy, ale i one po dwóch latach minęły.

Człowiek chorujący na SM, czuje się, jakby jakiś ciężki łańcuch oplatał jego ciało. Łańcuch stopniowo się zaciska, nie można się ruszać, nie wiadomo gdzie jest ręka, a gdzie noga, Żeby podnieść szklankę trzeba patrzeć na rękę i próbować, czy wystarczająco mocno ścisnęło się tę szklankę a i tak często wypadała. U mnie, po zastosowaniu żywienia optymalnego, wspomniany łańcuch stopniowo robił się lżejszy aż w końcu spadł – tak to czułam. Trzeba przyznać, że było to niesamowite uczucie.

Bronisława T.

Prezes Zuzanna Rzepecka, Bronia T. i Zdzisław KędzierawskiBronia T. Okazała się być bardzo sympatyczną  – co widać na zdjęciach - osóbką. Wygląd "nie idzie w parze" z metryką, ale to u Optymalnych dosyć powszechna cecha. Po  własnych doświadczeniach z chorobami i drogami powrotu do zdrowia, postanowiła pomagać innym i w jak najlepszy sposób przekazywać wiedzą Doktora Jana Kwaśniewskiego. Ponieważ ukończyła Akademię Wychowania Fizycznego, gdzie poznała anatomię i fizjologię człowieka i jak wynika z powyższego również zasady żywienia, bardzo szybko przyswoiła wiedzę Doktora i obecnie jest przeszkolona nie tylko w zakresie doradztwa żywieniowego ale także w Ciechocinku, po okiem Hani Suchowieckiej nauczyła się stosowania prądów selektywnych.

Życzymy Broni powodzenia i zapraszamy do odwiedzania naszych Arkadii w Polsce.

 

Zuzanna Rzepecka – st. doradca  żywienia optymalnego

 
Marzec 2010
N P W Ś C P S
28 1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31 1 2 3
Jaki jest nasz nowy serwis internetowy?
 
Czy łatwo żywić się optymalnie?
 
Alegro